WYWIAD

TRUDNA LEKCJA TOLERANCJI

Dlaczego nie lubimy obcych? Dlaczego gardzimy innymi, słabszymi? Co to znaczy być tolerancyjnym i do czego jest potrzebne społeczeństwo obywatelskie? O tym mówi prof. Wiktor Osiatyński.

Dlaczego wobec obcych, innych jesteśmy raczej niechętni, boimy się ich, nie lubimy?
Ten lęk przed obcym jest jedną z naturalnych cech wszystkich zwierząt. Także ludzi.

Zostańmy przy ludziach.
Ludzie zawsze żyli w gromadach. Przedstawiciele obcych grup, które spotykali, częściej byli zagrożeniem, niż przynosili coś dobrego. Napadali, rabowali, mordowali. Kiedy nasi przodkowie nauczyli się uprawiać ziemię, zaczęli tworzyć społeczności rolnicze, osiadłe. Budować osady otoczone murem, odgrodzone od reszty, od obcych. I póki przedstawiciele jednych grup nie wchodzili na tereny innych, panował pokój. Ale ludzie szybko nauczyli się, że po co się wysilać i coś hodować, jak można to ukraść. W historii ludzkości najbardziej niebezpieczni okazywali się wszelkiego rodzaju rabusie.

Mur, ogrodzenie prowokują do tego, żeby je przekroczyć, zobaczyć, co jest po drugiej stronie.
Mur zawsze rodzi pewne napięcie, wywołuje agresję. Rodzi konflikt, bo pokazuje niechęć do innego, obcego – tego spoza muru.

Jednak znane z historii wielkie mury nie przetrwały, nie ochroniły tych, których miały chronić. A jedynie sprowokowały krwawe wojny, walki różnego rodzaju.
Z czasem ludzie dostrzegli, że przeciwstawienie nas jakimś onym nie przynosi niczego dobrego. Zaczęła rodzić się tolerancja. Jednak standardy tolerancji ludzkość wypracowywała przez stulecia. To mozolny proces, który wymagał i wciąż wymaga wielkiego wysiłku. Bo z tolerancją łączy się także pewna zgoda na rezygnację, ustąpienie.

Jednak najlepiej czujemy się wśród swoich, znanych nam, podobnych do nas. Inni mało nas obchodzą.
Tak, ludzie muszą się czuć częścią jakiejś grupy. Dawniej to była wioska, klan, rodzina. Potem na pierwszy plan wysunęły się bardziej abstrakcyjne tożsamości: klasa, rasa, płeć, wreszcie naród. Jednocześnie nasze samopoczucie rośnie, gdy – będąc wśród swoich – obniżamy znaczenie innych albo wręcz ich poniżamy.

Bo ci inni – niewolnicy, jeńcy, uchodźcy nie są tacy jak my. A my – Europejczycy, biali ludzie – jesteśmy od nich lepsi. Tym karmiła się europejska cywilizacja przez kilkaset lat. Cały kolonializm to chyba najtragiczniejsza karta w historii ludzkości. Dlaczego tak trudno nam szanować innych?
Z tych powodów, o których wspomniałem wcześniej. Zresztą sam John Locke – twórca europejskiego liberalizmu i tolerancji epoki oświecenia – był również współautorem Karty konstytucyjnej kolonii Karolina Południowa (w Ameryce Północnej), która uprawomocniała niewolnictwo. Kiedy pisałem książkę „Korzenie »Korzeni«” o Amerykanach afrykańskiego pochodzenia, odkryłem, że rasizm nie był w Stanach Zjednoczonych czymś naturalnym. On się pojawił w drugiej połowie XVII wieku, kiedy usankcjonowano niewolnictwo czarnych, kiedy w 1655 roku odbyła się pierwsza aukcja niewolników przywiezionych z Afryki. Zupełnie tak, jakby ci najbiedniejsi biali, którzy wcześniej sami byli służącymi kontraktowymi, pracowali dla bogatszych białych, chcieli usprawiedliwić zniewolenie ludzi i jednocześnie poczuć się lepiej. Niewiele osób wie także, że Tadeusz Kościuszko był jednym z pierwszych, którzy na kontynencie amerykańskim upominali się o prawa niewolników. W swym testamencie poprosił twórcę Deklaracji Niepodległości, Tomasza Jeffersona, by ten sprzedał majątek Kościuszki i za uzyskane pieniądze nie tylko darował wolność swoim niewolnikom, ale także zapewnił im wykształcenie i kupił tyle ziemi, żeby każdy mógł mieć własne pole do uprawy. Jefferson jednak odmówił, bo było to sprzeczne z panującymi ówcześnie normami.

Ale przecież nawet samo pojęcie tolerancji nie odnosiło się wówczas do wszystkich ludzi, do wszystkich białych.
Równi w prawach byli biali mężczyźni, którzy płacili podatki. Nie bardzo było wiadomo, co zrobić z dziećmi, kobietami i biedotą. Dlatego – mówiąc w skrócie – w XIX wieku wymyślono ideę miłosierdzia. Można się było nad nimi po prostu litować.


Z czasem ludzie dostrzegli, że przeciwstawienie nas jakimś onym nie przynosi niczego dobrego. Zaczęła rodzić się tolerancja. Jednak standardy tolerancji ludzkość wypracowywała przez stulecia.


Mówimy o Europie, o Stanach Zjednoczonych. A co z Polską? Polacy nie należą do narodów bardzo tolerancyjnych. Z czego to może wynikać?
Z naszej przeszłości. Jesteśmy narodem niewolniczym. Przecież pańszczyzna była niewolnictwem w czystej postaci. Podział na panów-sarmatów i plebs uniemożliwiał komunikację między tymi warstwami społeczeństwa. Polacy pogardzali Rusinami, Ukraińcami – często także z nich robiąc swych poddanych, niewolników.

A wiek XIX, kiedy z jednej strony w Europie rozwijały się nowoczesne narody, a Polacy w tym czasie byli pod zaborami?
Od czasu Napoleona powstawały na naszym kontynencie nowoczesne narody. Składały się na nie często grupy etnicznie wrogo do siebie nastawione. Ale narody te tworzyły sprawnie działające instytucje państwa, sądy, urzędy, armię, a także wszystkim przemysł i szkolnictwo. Polska jako państwo nie istniała, nie działały instytucje państwowe. Tym samym nie było możliwości stworzenia nowoczesnego narodu polskiego. Mieliśmy za to symbole i mity narodowe, wspólny język i kulturę. Była też religia. To wtedy utrwaliły się pojęcia „Polak katolik” (w opozycji do przedstawicieli innych wyznań) i „matka Polka” (rodząca przyszłych silnych Polaków). Mało tego, pańszczyznę w Kongresówce – jak na ironię – zniósł car, bo chciał po powstaniu styczniowym upokorzyć polskich panów. I dopiero wtedy spauperyzowana szlachta oraz przedstawiciele Kościoła dostrzegli polski lud i postanowili wciągnąć go do społeczeństwa. Zaczęto chłopów uczyć, powstała prasa specjalnie dla nich przeznaczona. Moim zdaniem to było jednym z największych osiągnięć Polaków, bo zainicjowało budowę nowoczesnego narodu.

A ja mam jednak wrażenie, że tej budowy nie skończyliśmy jako Polacy. Wciąż zaszłości zagrodowe w nas się odzywają: bronimy tego, co najbliżej nas, nie sięgamy dalej niż za przysłowiową miedzę, nie lubimy innych, którzy wkraczają na nasze podwórko... Zresztą mówi pan o tym, że ciąży nad nami dziedzictwo folwarku. Jak to rozumieć?
Wciąż ważna dla nas jest osobista własność, to nasze poletko, które nasi przodkowie dostali od pana. Boimy się je stracić. Bronimy go. Jeśli dawny niewolnik (chłop) chciał poczuć się jak pan, starał sie upokorzyć, poniżyć słabszego od siebie. A robił to, bo bał się, że jak będzie postępował inaczej, to straci swój status.

Nasze społeczeństwo w większości ma korzenie chłopskie. Co prawda po wojnie dawni chłopi wywędrowali do miast. Ale w wielu przypadkach mentalność została – moja zagroda jest dla mnie najważniejsza. Jednocześnie zabrakło silnych elit, inteligencji.
Ma pani rację. I z tego poczucia ciągłego zagrożenia, lęku biorą się nacjonalizm, antysemityzm, nietolerancja.

Jak wytłumaczyć obecne nacjonalistyczne nastroje w Europie – we Francji, w Niemczech, gdzie nowoczesne narody mają silne korzenie?
Odpowiem znów przykładem. Jeszcze 30–40 lat temu przeciętny Nigeryjczyk był tak samo szczęśliwy jak mieszkaniec Europy. Jednak rozwój telewizji i innych mediów sprawił, że ten Nigeryjczyk (czy mieszkaniec innego kraju w Afryce, w Azji) zaczął postrzegać Europę, a szerzej Zachód, jako coś lepszego. I chciał się tu znaleźć. Dopóki na Zachodzie trwał wzrost gospodarczy i potrzebni byli emigranci do pracy, nie było większych problemów. Jednak w XXI wieku przyszły kryzysy, gospodarki zaczęły zwalniać, a imigrantów przybywało.

Do tego teraz fala uchodźców z Syrii i innych obszarów, na których toczą się wojny. I to zaczęło rodzić niezadowolenie i frustrację.
Niebagatelne znaczenie odegrała tu także demokratyzacja nowoczesnych społeczeństw. W demokracji – jak wiadomo – rządzi większość. I ta większość w ostatnich czasach coraz głośniej mówi o tym, że inni, obcy nie są tu mile widziani. Przy czym bardzo mocno gra się tutaj stereotypami.

Powtarza pan, że stereotypy bardzo łatwo się tworzy, ale ich przezwyciężenie bywa mozolne.
Historia zna wiele przypadków, kiedy to właśnie stereotypy przyczyniły się do wielkich tragedii. To najczęściej przywódcy partii czy państw – w imię demokracji – tworzą krzywdzące obrazy innych. Z czasem te przekonania wdrukowują się w podświadomość wielu ludzi, całych społeczeństw i stają się oczywiste. Najczęstsze stereotypy to kobieta jako obiekt seksualny, Afrykanin – prymityw i przemoc, imigrant – terrorysta albo roznosiciel zarazków, feministki – zagrożenie wolności i równości, gender – nawoływanie do burzenia norm społecznych. Mało tego, rządzący nie protestują przeciwko różnym ksenofobicznym czy rasistowskim wybrykom. Co więcej, zdarza się, że je podsycają i sankcjonują. Chodzi o to, by tego innego, obcego odczłowieczyć, by go poniżyć. Tym, co stoi za stereotypem, jest pogarda i brak szacunku. A to rodzi podział na „My” i „Oni” oraz uniemożliwia porozumienie. Wreszcie rodzi wrogość i wzajemną agresję. Uważam jeszcze, że u źródeł wszelkiej przemocy stoi nierówność płci i przekonanie mężczyzn, że są lepsi od kobiet.

Bo przez wieki kobiety były poniżane i karane tylko za to, że są kobietami. Bo kobieta nie odda, kiedy się ją bije?
Mężczyzna swoją przewagę – materialną, fizyczną – często ćwiczy na co dzień, w domu. I „jak się człowiek wkurwi”, to przyleje dziewczynie. Bo komu innemu? Ona nie odda, bo jest słabsza. A mężczyzna nie będzie tłukł się z innym facetem, bo wie, że mógłby nie wygrać. Po co więc ryzykować. Ale jak już wyćwiczy się w domu, to chętnie pójdzie trenować dalej na innych słabszych. Pięknie o tym napisała Paulina Młynarska w swojej ostatniej książce „Jeszcze czego!” (s. 75): „Pogarda dla tego, co “inne”, jest w Polsce naturalnym stanem skupienia zdominowanych przez mężczyzn środowisk, i to - podkreślam – nniezależnie od środowiska i prezentowanych przekonań. Od walczących ze sobą kibiców klubów sportowych, poprzez salę sejmową, hierarchię kościelną i wojsko, po zarządy spółek”.

Co możemy zrobić, by zatrzymać tę przemoc i niechęć do innych?
Można tylko w każdym szczególe głośno potępiać. Bo bardzo trudno jest z abstrakcyjnym pojęciem wyższości wygrać. Ale trzeba być wytrwałym.

Musi być też spotkanie i wola dialogu.
Tak, ale to musi odbywać się nie w anonimowej masie, ale w wymiarze lokalnym, jednostkowym. Trzeba chcieć z innym, obcym się spotkać i go poznać. Wówczas jest duże prawdopodobieństwo, że po takich spotkaniach wzajemne uprzedzenia się zmniejszą. A może nawet znikną. Francuzi i Niemcy przez wieki szczerze się nienawidzili. Aż wreszcie w ciągu zaledwie jednego pokolenia udało się to zmienić. Dwaj politycy: kanclerz Niemiec Konrad Adenauer i i prezydent Francji Charles De Gaulle zainicjowali program wymiany młodzieży. Francuscy licealiści mieszkali przez kilka miesięcy u niemieckich rodzin, a niemieccy licealiści – u francuskich rodzin. Kiedy te obce dzieci zaczęły żyć wśród obcych rodzin, okazało się, że nie ma między nimi różnic. Nie jest ważne, czy się jest Niemcem, czy Francuzem. Dziś oba te narody potrafią ze sobą rozmawiać i się szanować.

Jaką rolę w takich działaniach pełni społeczeństwo obywatelskie?
Ogromną, bo może otwierać drogę do dialogu. Jednak trzeba działać wspólnie na rzecz konkretnej społeczności. A nie w zamknięciu czy osobno, np. katolicy, a osobno prawosławni, albo osobno Polacy, osobno uchodźcy.

U nas wciąż mamy z tym problem.
Ale wystarczy się rozejrzeć, poszukać przykładów. Nawet w Indiach to się udaje. Tam panuje ogromna niechęć między hindusami a muzułmanami. I co się okazuje? Że jeśli w społeczeństwie istnieją osobne organizacje społeczne hindusów i muzułmanów – nienawiść rośnie. Ale kiedy te dwie grupy zaczynają robić coś razem, kiedy to działanie ma na celu poprawienie życia wszystkich w społeczności bez względu na narodowość czy wyznanie – uprzedzenia maleją. To mogą być proste rzeczy: utrzymywanie porządku na chodnikach, odprowadzanie dzieci do szkoły. Niedawno widziałem w jednej restauracji w Izraelu ogłoszenie, że jeśli na wspólny obiad przyjdą Żyd i Arab, to dostaną 50 proc. zniżki. Naprawdę nie trzeba wielkich gestów.

Czyli szukajmy tego, co nas łączy, a nie tego, co nas dzieli?
Jakie to proste, prawda? Skończmy więc ze wzajemnymi połajankami, a zacznijmy pracę u podstaw. Weźmy się do budowania formuły szerokiego „My”, a nie „My” przeciw „Oni”. Wspólnie działajmy na rzecz naszego wspólnego dobra. /kreatywne

PROF. WIKTOR OSIATYŃSKI

Jest prawnikiem, działaczem społecznym i feministą. Zainicjował powstanie w ramach Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Programu Spraw Precedensowych. Działał także w Fundacji im. Stefana Batorego. W 1990 roku współtworzył Komisję Edukacji w Dziedzinie Alkoholizmu i innych Uzależnień. Jest autorem wielu książek, m.in. „Prawa człowieka i ich granice”, „Zrozumieć świat”, „Rzeczpospolita obywateli”, „Litacja”, „Rehab”, „Alkoholizm. I grzech, i choroba, i...”. Mąż Ewy Woydyłło-Osiatyńskiej.